Home Marek Kamiński To jest to, czego szukam

To jest to, czego szukam PDF Drukuj Email
kaminski Marek Kamiński opowiada Markowi Szymańskiemu o tym, jak marzenia stawały się rzeczywistością

(...) Jeszcze w czasie studiów w Niemczech pojechałem na Spitsbergen. To był dla mnie ciekawy czas: dalej rozważałem, co zrobić ze swoim życiem, a nie pasowało mi realizowanie obowiązującego schematu: studia, praca, teczka i biurko, żona, dzieci, a na koniec długo wyczekiwana emerytura. Celem stała się budowa jachtu i podróż dookoła świata, a później wmrożenie się jachtem w lody Arktyki i dopłynięcie z Dryfem Transpolarnym do bieguna. Chciałem przeżyć życie tak, aby było ciekawie, aby o coś w nim chodziło.

Najpierw planowałem przejście Grenlandii szlakiem Nansena – o ja naiwny, nie wiedziałem, na co się porywam, byłem przecież kompletnie zielony. Okazało się jednak, że na Grenlandii Amerykanie mają bazy wojskowe i radarowy system wczesnego ostrzegania i jako obywatel państwa, które jeszcze wtedy było w Układzie Warszawskim – był rok 1990, nie miałem szans na trawers wyspy. Wtedy zacząłem na poważnie myśleć o Spitsbergenie. Rozmawiałem z ludźmi, którzy tam jeździli, z polarnikami i naukowcami z Polskiej Akademii Nauk. Znałem dobrze środowisko gdańskich alpinistów i zwróciłem się najpierw do Michała Kochańczyka, szefa Klubu Wysokogórskiego Trójmiasto. (...) Michał szukał akurat kogoś do przekopania ogródka, więc poszedłem mu pomóc i w trakcie kopania dużo mi opowiadał o specyfice tej arktycznej wyspy, o tym, jak się tam podróżuje, o niedźwiedziach polarnych. Dzięki temu, a także dzięki książkom Centkiewiczów i słynnych polarników zafascyno­wał mnie ten Spitsbergen. Michał pomógł mi także skompletować sprzęt na wyjazd, bo nie miałem na to pieniędzy: pożyczył mi specjalne sanki, narty, prymus do podgrzewania posiłków i kilka użytecznych drobiazgów. Radziłem się także innych: Krzysztofa Makowskiego, który był wtedy szefem wyprawy naukowej  na Spitsbergenie, i ludzi z Polskiej Akademii Nauk. Ci ostatni odradzali mi wyjazd; tłumaczyli, że to bez sensu, że jestem nieprzygotowany i zginę. Później okazało się, że mieli sporo racji.  Ale w końcu, po dłuższej analizie, pojechałem na wyspę.

kaminskiBIdąc z Polskiej Stacji Polarnej przez lodowiec Hansa (...) zobaczyłem w pewnej chwili trzy ciemne sylwetki na tle lodowca, które zmierzały w moją stronę. Okazało się, że to Polacy  – Krzysztof Makowski oraz bracia Moskalowie: Marek i Wojtek, który polarną zimę spędził w traperskiej chacie nad fiordem Hornsund, a rok wcześniej zimował na Antarktydzie w stacji Greenpeace. Teraz Wojtek pokazywał swojemu bratu uroki Horsundu. Dużo razem wędrowali i nasze drogi czasami się schodziły. Wylatywałem ze Spitsbergenu przed nimi, ale na lotnisku w Longyearbyen wiedziałem, że jeszcze tutaj wrócę, że to jest właśnie to, czego szukam. (...)

Jak rozumiem, już wtedy mieliście z Wojtkiem wspólne plany?

– Po lodowcach chodziliśmy trochę razem, doszliśmy wspólnie do chaty traperskiej niedaleko polskiej stacji, gdzie zostaliśmy na noc. Większą część nocy przegadaliśmy: okazało się, że chcemy zrobić podobne rzeczy. Myślałem o przejściu Grenlandii, o tym, żeby dojść na biegun północny i południowy – i Wojtek planował to samo. Można powiedzieć, że w jedną noc nakreśliliśmy plany na całe życie – bo wydawało nam się wtedy, że są to plany na wiele lat. (...) Już nie byłem takim żółtodziobem, miałem za sobą trudne doświadczenia podczas dwóch miesięcy pobytu na Spitsbergenie; w polskiej bazie nazywano mnie ,,Studentem’’. Odniosłem wrażenie, że zostałem zaakceptowany przez polskich polarników. Te pierwsze polarne wspomnienia są do dziś bardzo żywe.

Jedna z wędrówek po lodowcach Spitsbergenu omal nie skończyła się dla ciebie tragicznie.

– Marsz do Barentsburga – bo pewnie tę wędrówkę miałeś na myśli – rzeczywiście mógł skończyć się dla mnie źle. Stan mojej ówczesnej wiedzy o terenach polarnych nie pozwalał na taką wyprawę; mimo to wybrałem się. Najpierw zamierzałem jednak przejść z Longyearbyen do polskiej stacji, ale uszedłem ledwie kilka kilometrów poza miasto i ledwie żywy dotarłem do domku traperskiego, napaliłem w ,,kozie’’ i kiedy trochę doszedłem do siebie, musiałem zweryfikować swoje plany. Napadało mnóstwo śniegu, na dworze szalała wichura, byłem w szoku. Wróciłem do miasta, odpocząłem i postanowiłem, że wybiorę bezpieczniejszy wariant, czyli marsz do Barentsburga, rosyjskiej osady górniczej, oddalonej około siedem­dzie­sięciu kilometrów od Longyearbyen. Szedłem brzegiem Morza Grenlandzkiego, bo wydawało mi się, że tak będzie bezpieczniej. Zdany byłem na kompas, o nawigacji z pomocą GPS nikt wtedy jeszcze nie słyszał, łatwo można było się pogubić. Szybko zaczęły się problemy, bo zepsuł się radziecki prymus i nie miałem wody, którą na prymusie topi się ze śniegu. Nie mogłem więc przygotować sobie ciepłego posiłku. Przez trzy kolejne dni topiłem śnieg w ustach albo na ciele, aby uniknąć drastycznego odwodnienia. Drewniane narty i skórzane buty to także nie było najlepsze wyposażenie na polarną wędrówkę. W dodatku nie  potrafiłem właściwie wentylować namiotu: odruchowo zamykałem go, aby nie utracić ciepła, ale wtedy na ściankach skraplała się woda. Musiałem odejść trochę od morza i straciłem orientację, organizm był odwodniony i poczułem pierwsze odmrożenia: gorzej być nie mogło. Po raz pierwszy znalazłem się wtedy w tak niebezpiecznej sytuacji, a przecież wcześniej – chociażby w dżungli meksykańskiej – też różnie bywało. Resztką sił doczłapałem się do płyty lotniska w Barentsburgu; najpierw zobaczyłem tyczki, które wyznaczały pole pasa startowego, potem niewielką chatkę rosyjskiego telegrafisty. Poczęstował mnie herbatą, zaprowadził na stołówkę: tam wypiłem jedenaście kompotów gruszkowych, jeden po drugim. Jak one mi wtedy smakowały! (śmiech). Po tym wszystkim poczułem się niesamowicie i pomyślałem, że takie życie mi się podoba, że to chcę robić, bo było to coś prawdziwego. (...) 

Fragmenty wywiadu rzeki przeprowadzonego z Markiem Kamińskim przez Marka Szymańskiego.

Wydawca: Fundacja Marka Kamińskiego, www.kaminski.pl.

Książka ukaże się wkrótce.

 
Reklama
Reklama

Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.